Leogang – nie zawsze epicki! | Niebieską czy czerwoną
Leogang – epicki bike park, który nie zawsze jest tak epicki, jak go malują
Jest znany. Jego nazwa jest prawie synonimem kolarstwa górskiego, i to w wersji zjazdowej jak i cross-country. Zdecydowanie pracują na to wyróżnienie regularne puchary świata organizowane w tej miejscowości, jak i sugestywna nazwa bike parku. Logo też mają ładne – naklejka stamtąd zajmuje honorowe miejsce na naszej lodówce… choć generalnie tak super różowo nie jest.
Leogang i jego EPIC Bike Park Leogang
Cały bike park znajduje się na górze o nazwie Asitz i wyciągu o takiej nazwie właśnie szukajcie – przynajmniej na początku.
Leogang itself jest malutkie i jest po prostu wioską w Alpach z pięknym widokiem na górę pasma Leoganger przyzwyczajoną od dziesiątek lat do narciarzy, i którą z letniego letargu wyrwał właśnie wspomniany bike park. Czyli generalnie nic na dole się nie dzieje.
W Leogangu byliśmy dwa razy. Za pierwszym razem nocowaliśmy w miejscowości oddalonej od Asitzbahn – czyli tego wyciągu, z którego (po przeczytaniu tego wpisu) skorzystacie jeden raz – aż o 20 kilometrów co przekładało się na 40 minutową drogą… no ewentualnie dłużej, ale przez piękną i męczącą (hurra!) trasę górami. A to wszystko dlatego, że w Leogangu nie było campingu albo czegoś podobnego. Dziwne.
Camping Leogang, czyli „wygoda na własnych warunkach”
Za drugim razem zatrzymaliśmy się już na dwie noce pod samym wyciągiem, ponieważ leogańczycy poszli po rozum do głowy i część parkingu pod wyciągiem przeznaczyli na miejsca dla kamperów i przyczep dla Riderów, którzy chcieliby pojeździć przez cały weekend lub dłużej.
Czy to piękne miejsce na kamping? Nie. Czy wygodne? Nie. Czy toalety są ok? Nie. Czy można z namiotem tylko? Nie. Czy się nie kurzy? Nie. Czy to jedyne logiczne rozwiązanie? Tak.
Gdzie się zatrzymać w Leogangu
Na stronie bikeparku możecie zarezerwować termin i nawet wybrać swoje miejsce. Polecam te od 2 do 8 – nad samym potokiem przyjemnie szumiącym do snu.

Do sedna. Pierwsze rozczarowanie dla nas – ogromnych fanów Pucharu Świata XCO – to brak trasy cross-country. Epicka trasa XC, na której ścigają się Schurter, Koretzky, Blevins czy Richards, Courtney i Rissvends powstaje tylko na ten jeden tydzień w roku, a poza tym momentem nie ma jej. Nawet śladu, kawałeczka nawet. Dla mnie to trochę jak jechać do Paryża i dowiedzieć się, że wieża Eiffla jest sezonowa. A Ty nie jesteś w sezonie. No trudno, jedziemy zatem na górę.
Niebieska czy czerwona – pierwszy zjazd i pierwsza decyzja
Po standardowej procedurze zakupu karnetu przenosimy się na piętro wyżej żeby władować się do gondoli. Jest… przytulnie. Teoretycznie jednym wagonikiem pojadą dwie osoby i dwa rowery, ale jeden z rowerów trzeba powiesić na zewnątrz na bardzo wysoko zamontowanym haku, a drugi upchnąć jakoś (pionowo-skośno-leżąco) do środka. Potem już tylko skompresowanie dwóch osób i już można jechać na górę.
Już jadąc gondolą możemy odpowiedzieć sobie na pytanie: czerwoną czy niebieską? Zdecydowanie niebieską. To co widzimy z góry powoduje już u nas dziwne odczyty tętna na garminie, a jeszcze nie wsiedliśmy na rower. A może Garmin wykrył atak klaustrofobii?
Tak czy siak odpowiadamy już sobie na nasze pytanie – zdecydowanie niebieską.
Na szczycie Asitz oczywiście knajpy, widoki i kilka dróg… o czym później.
Tuż przy wyciągu swoje bramki startowe mają linie: czerwona Hangman rozpoczynająca się takim półtorametrowym dropem (przynajmniej od razu dają znać co Cię czeka) oraz niebieska Steinberg by FOX, która również (o matko!) zaczyna się niełatwą kompilacją ciasnych zakrętów, które sprawiają wrażenie, że wylot z bandy skończy się przymusowym otwarciem spadochronu – o ile go spakowaliście.
Połączenie tras i mało oczywiste oznakowanie
Co ciekawe, oba szlaki po chwili łączą się na chwilę żeby dać Riderom szansę na ponowny wybór trasy na dół. To dość podchwytliwe, bo decyzja wymaga szybkości, a oznakowanie jest nieoczywiste. Ja pojechałem na czuja, a Sylwia postanowiła się zastanowić więc profilaktycznie zaliczyła tam glebę.

Sama trasa niebieska jest miła, i jednocześnie nie jest zbyt wymagająca. Jest nawet dość długi kawałek przez las, który jest po prostu nudny.
Niebieska trasa – prędkość, flow i… nuda w lesie
Ale zanim dotrzemy do tego lasu to czeka nas emocjonujące wysokie bandy i dość szeroka trasa, która pozwala na osiągnięcie sporych prędkości i choć nie ma tu stolików, hopek to frajdy daje całkiem sporo. A potem zaczyna się las 🙂 Trasa kończy się gdzieś w środku góry przechodząc mało płynnie (czyli trzeba cisnąć szutrowym łącznikiem) w trasę Hangman, która teoretycznie od tego miejsca nazywa się już Hangman II i jest oznaczona jako niebieska. Ale tu właśnie zaczyna się zabawa prawdziwa – jest kilka stolików i rolerów gdzie można nie za wysoko poskakać i wykorzystać trochę grawitacji. Ale tak trochę – nie tak jak Leogangowych trasach Hot Shots, Flying Gangster czy Speedster. BTW – to właśnie na tych lotniczych trasach czerwonych i czarnych znajdziecie, sławny z downhillowych pucharów świata, wall na który dosłownie wlatuje się po hopce na końcu tunelu. Brzmi przerażająco? Nooooo!
Steinberg Link – spokojniejsza alternatywa (i krowy)

Za hangmanem drugim macie jeszcze opcję na zmianę trasy na Steinberg Link. Co polecam, bo na końcu dojedziecie do stacji początkowej Steinbergbahn, a to jest inny świat. Gondole są przestronne i wygodne, a kolejki do wjazdu praktycznie nie istnieją, bo dojeżdżają tu tylko fani tras Steinberg i Hangman. Na skrzyżowaniu nie ma żadnych oznaczeń więc musisz zapamiętać – w prawo pod wyciąg. Jest nudniej niż Hangmanem, ale można spotkać krowę.
Niestety krowy można spotkać także w innych, niespodziewanych miejscach trasy. Na niebieskiej nie jest to problem, bo trasa przed Tobą jest dobrze widoczna i nie zaskoczy Ci krowa zza rogu. Jednak na innokolorowych trasach można natknąć się na jakieś mniejsze stadko na przykład tuż za dwu metrowym najazdem na hopę. A jak już jesteś w powietrzu to jesteś już na krowie. Na Instagramie znajdziecie film, gdzie rider ma takie zderzenie.
Wracamy na górę. Jeśli lubicie takie hard enduro to na szczycie Asitz znajdziecie – choć niewątpliwie musicie się trochę naszukać – początki linii Alteschmiede Trail i Matzalm Trail. Są nieprawdopodobnie wymagające.
Asitz Trail i BIG5 Challenge – hardcoreowy łącznik z Saalbach
Jest tam też początek trasy, o którym warto opowiedzieć trochę więcej. To Asitz Trail znany również jako SH36. Po prawie dwóch kilometrach zamienia się w Wurzel Trail znany również jako SH37.
Dlaczego są takie ważne? To trasa, która łączy Leogang z Saalbach, a konkretnie znany nam już szczyt Asitz ze górną stacją kolejki Kohlmaisbahn skąd możemy zjechać pięknym niebieskim Panorama Trail (ale o tym innym razem).
BIG5 Challenge – test dla ambitnych
To również trasa, która pomoże nam w Challenge’u BIG 5, czyli zaliczeniu wszystkich gondoli w Leogang, Saalbach i Firebrunn. Ale ale… Asitz trail jest podstępny, zdradziecki wręcz. Zaczyna się niewinnie, milutko. Piękny i widokowy szlak, równy jak masło z fabryki. Do czasu. Po chwili zaczyna się rzeźnia. Rzeźnia. Wielkie głazy, podstępne korzenie, wąskość na trawersach. I to wszystko bynajmniej nie w dół – tylko do góry. Jak sobie zerkniecie w trailforksa to Wam napisze, że trasa od jednego wyciągu do drugiego zajmie Wam 40 minut – tere fere. 40 minut to Wam zajmie uspokojenie tętna po pierwszym kilometrze i ogarnięcie zdrowia psychicznego po tym jak sześć razy prawie lecieliście z przepaści i uczyliście się nowych przekleństw.
Tak, jest też inna droga… ale odkryliśmy ją już po powrocie na kemping, w innej aplikacji. Niestety oficjalne mapy i oficjalna droga Challenge BIG5 prowadzi tą… żmijką.
Gdy Leogang zawodzi – szajs, remonty, koparki i „olewka”
Nasz drugi raz okazał się dość mocno rozczarowujący.
Nawet nie chodzi o to, że za zakrętem możesz spotkać się z krową. To się może zdarzyć chyba wszędzie w Alpach. Ale my za zakrętem spotkaliśmy się z koparką. Obsługa bike parku robiła właśnie remont. Bez zamknięcia trasy czy choćby sekcji. Bez wyznaczenia objazdu. Wszyscy musieli czekać na przerwę w pracy koparki, aby w jakiś ekwilibrystyczny sposób ominąć ją nie zsuwając się w krzaki. Reakcja Bike Parku? „No i?”. Trasa niebieska, którą pokochaliśmy za pierwszym razem za prędkość i fun była podziurawiona i potarkowana jak poligon po przejściu III dywizji pancernej. Zero radości – prędkość minimalna. Reakcja Bike Parku? „No i ?” Pamiętając o niewygodach gondoli Asitzbahn zapytaliśmy kasjera czy Steinbergbahn działa bez mrugnięcia okiem odpowiedział, że tak. Nie działał. „No i?”Może w epickość Leogangu za bardzo uwierzyli też Ci, którzy ją właśnie powinni tworzyć i szanować swoich Riderów. Czy zabrzmiało już wystarczająco boomersko?

Czy warto wrócić do Leogangu?
To świetne miejsce, aby przyjechać i rozwijać swoje umiejętności i radość z MTBwania, więc czy wrócimy do Leogangu? Pewnie tak bo mamy krótką pamięć i może kiedyś odważę się wkleić w walla z prędkości 50 kmh. Taaaa.
Ale póki co – są też inne miejscówki.
Autor tekstu : Radek Krzesa | @NieHamuj